Rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej

Rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej

Dobrze pamiętam Polskę sprzed 15 lat. To było państwo, które się dopiero z trudem zbierało, masa dobrej woli, energia, ale brak reguł, brak kapitałów, wolna amerykanka – takie polityczne i gospodarcze dzikie pola.

Piętnaście lat temu wstąpiliśmy do UE, przyjęliśmy na siebie zobowiązania i od tej pory Polska, sukcesywnie transferowała do siebie reguły wspólnotowe. Z oporami, czasami świetnie, czasami z komentarzami „czego znów ta Unia od nas chce?”. Przez te lata nasza ojczyzna stała się nowoczesnym krajem, z procedurami, które zawsze w finale okazywały się lepsze i bardziej efektywne niż nasze stare ustawienia. Krajem, w którym nauczyliśmy się co to znaczy być w centrum kontynentu, przeżywającego pokój i rozkwit jak nigdy dotąd.

I to nie te pół biliona złotych, jakie przez te lata dostaliśmy, są tu najważniejsze. Tak, to prawda, to pieniądze jakich Rzeczpospolita nie miała od stuleci, jeśli kiedykolwiek. Ale to ta łagodna zmiana prawa, reguł, obyczaju – to nas przesunęło ze wschodu na zachód, to nam dało prosperity w biednym od wielu pokoleń kraju.

Leszek Miller, pezetperowski aparatczyk, a potem premier w demokratycznym państwie – ostatecznie negocjował wstąpienie Polski do UE i podpisywał traktaty. I dziś, dumny z tego, nie ukrywa, że był w sztafecie, że to nie tylko jego zasługa. To także język dojrzałej polityki, język zachodu, a nie wschodu. Paradoks Polski polega bowiem na tym, że nic tu nie jest oczywiste i czarno- białe. Nasza droga do UE i L. Miller jako ostania zmiana sztafety jest tego najlepszym dowodem. Podobnie, jak obecny rządzący obóz „patriotyczno-narodowy”, jak się sam ochrzcił, machający teraz przed eurowyborami unijnymi flagami, a równocześnie krok po kroku, w politycznej codzienności odłączający nas od tego dorobku piętnastolecia. Polska, kraj, w którym nic nie jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka, pełen paradoksów i nieustającego zdziwienia. Kocham tę nieoczywistość, kocham właśnie taką Polskę. Nawet wtedy, kiedy ona boli.